Ogromny szary monolit wyglądał raczej ponuro na tle stalowej płachty nieba.
Mglisty listopadowy poranek w kolorze ołowiu nie poprawiał ogólnego obrazu.
Czarne kikuty drzew na sinym śniegu wyglądały jak spalony las majaczący w gęstym
dymie. Rtęciowe lampy potęgowały tylko natężenie bladosinego światła jakby cała
moc cywilizacyjnej maszyny była przestawiona na wzmacnianie upiornej aury.
- Jeden, dwa, trzy … - S. zaczął liczyć piętra. Mylił się kilkukrotnie i zaczynał od
nowa aby po którymś razie doliczyć do osiemnastu i machnąć ręką gdy zauważył, że
liczba pięter nie jest taka sama w każdej klatce schodowej. Tych ostatnich także było
kilkanaście. Nie wiadomo kto wpadł na pomysł aby na odludziu, daleko od miasta
postawić to ogromne coś na krótkiej ulicy kończącej się dosłownie sto metrów od
budowli. Dalej była już kiepska droga, którą codziennie przyjeżdżał autobus,
śmieciarka, trochę prywatnych aut. S. jeszcze raz podniósł wzrok aby objąć całość
majaczącej we mgle bryły. Betonowe mini-miasto niczym z post-nuklearnej
apokalipsy, trochę jakby ktoś poustawiał małe bunkry jeden na drugim. Długie
zacieki na nieotynkowanych płytach i porastający miejscami mech dodawały powagi,
tajemniczości i postarzały. Zatęchło-piwniczny klimat gratis.
To był Blok.
DWA
S. pchnął metalowe drzwi ze zbrojoną szybą i wszedł do środka. Ledwo zauważył
stróża, drzemiącego w skąpym żółtym świetle słabej żarówki. Starszy pan z obfitym
wąsem, siedzący na krześle, przykryty kraciastym kocem tulił do twarzy karabin,
podpierając się kolbą. Za nim na ścianie wisiała ogromna, niezbyt czytelna i pożółkła
lista lokatorów wypełniona niebieskim atramentem. Na podłodze brzydka czarnobiała
mozaika z kwadratowych płytek a na kolejnej ścianie – socrealistyczny
wypłowiały plakat. W głębi ciemnej klatki schodowej zauważył dwie windy i
przygnębiającej kondycji paprotkę na parapecie. Drzwi jednej z wind miały
namalowany na całej długości żółto-czarny pas o szerokości 15 centymetrów.
Kaloryfer na ścianie był zupełnie zimny i miał urwany i zamalowany farbą zawór.
- Co … kto tu jest!? – ocknął się stróż.
- Dzień dobry – powiedział S. - jestem nowym pisarzem.
- A … to musisz pan, prawda tego, do działu kadrowego iść. To będzie panie, prawda
tego, na szóstym piętrze. – Powiedział podpierając się kolbą i już przysypiając
mruczał – pisarze ich mać … prawda tego … panie.
TRZY
S. nacisnął przycisk windy i wsłuchiwał się w szum dobiegający z szybu. Po dłuższej
chwili w wąskiej szybie pojawiło się słabe światło. S. jadąc na górę rozglądał się po
kabinie wyłożonej drewnopodobną okleiną. Przyciski 6, 12 i 18 były mocno wytarte,
pozostałe robiły wrażenie mało używanych. Na samej górze klawiatury było kilka
nieopisanych klawiszy, ostatnim oznaczonym był 21. Na piętrze panował półmrok i
cisza. Stróż niestety nie powiedział w którym pokoju mieści się dział kadr, więc S.
idąc wzdłuż korytarza wypatrywał odpowiedniej tabliczki na drzwiach.
- 601, 602, 603 … 665, wydział kadr ... – czytał na głos.
Zapukał i nie czekając na jakikolwiek odzew wszedł energicznie do pokoju. W
wyłożonym boazerią pomieszczeniu stało biurko, lampa i regał na wysoki połysk.
Solidne drewniane drzwi w ścianie po lewej najwyraźniej prowadziły do kogoś
ważniejszego ... W kącie był jeszcze mały stolik na którym stał patefon z
imponujących rozmiarów tubą. Na dolnym blacie stolika S. wypatrzył kilkanaście
płyt. Dopiero po chwili zauważył drobną blondynkę siedzącą za biurkiem.
- Dzień dobry, ja …
- Pan jest nowym pisarzem – powiedziała delikatnym głosem bez emocji.
- Tak … tak, to ja.
- Proszę usiąść. – rzuciła nie patrząc w jego stronę. Wskazała krzesło końcówką
ołówka, otworzyła wielką księgę i zaczęła w niej wypełniać jakieś rubryki. S. usiadł
nieco zrezygnowany i przygotowany na dłuższe czekanie. Nie zauważył nawet jak
zapadł w sen. Wydawało mu się, że słyszy muzykę a szafa na wysoki połysk zupełnie
się roztopiła. Kiedy się ocknął z pewną satysfakcją stwierdził, że szafa jest w
zupełnie niezłym stanie ale muzykę wciąż słyszy. Z patefonu cicho sączyła się
muzyka a kobieta za biurkiem skończyła pisać.
- Czy ... ja mogę teraz wejść … ?
- Nie mówił pan, że chce gdziekolwiek wchodzić – odparła oglądając paznokcie.
- Ale jak to!? Jestem nowym pisarzem, miałem iść do kadr …
- No niech pan już idzie – pokazała drzwi ołówkiem nie odrywając wzroku od
paznokci.
CZTERY
Gabinet miał w sobie dyskretny urok bylejakości. Dywan, regał z płyty
paździerzowej, stary zegar i biurko. Łysawy jegomość z brodą i w tanim garniturze
wstał, wyciągnął dłoń na powitanie, wskazał na krzesło i poprawiając na nosie
okulary w grubej rogowej oprawie rzekł:
- Proszsz … pan usiądzie, nowy pisarz, tak?
Po chwili sam sobie odpowiedział przy akompaniamencie tykającego zegara – no tak,
nowy pisarz, rozumie pan, ktoś taki jest potrzebny, jak najbardziej jest potrzebny,
ktoś przecież musi opisywać co dzieje się w bloku, widzi pan, my tu mamy właśnie
etat pisarza, to jest miejsce P26/B – 76 i przydział lokalowy PL26/66 przypisany do
etatu bezterminowo, więc może się pan wprowadzić natychmiast, nie ma pan bagażu
… - zawiesił głos wpatrując się badawczo w gościa.
- Nie mam – odparł S.
- To i lepiej, tu jest wszystko czego będzie pan potrzebował. Żeby formalnie
rozpocząć pracę musi pan zgłosić się do działu zaopatrzenia i do dyrekcji ... Niestety
nie mogę panu wydać kluczy do lokalu w tej chwili bo jeszcze nie napłynęły
dokumenty z miasta …
- Chwila – przerwał S. - to skąd wiecie, że miał przyjechać nowy pisarz?
Łysy rozejrzał się bezradnie po pokoju i powiedział bez pewności siebie:
- Nie no, nie wiedzieliśmy, zresztą nie będziemy się chyba kłócić o szczegóły, no, na
razie zajmie pan inny lokal 1806, klatka dwunasta, piętro osiemnaste. Klucze wyda
panu stróż, ja zaraz do niego zadzwonię … - mówiąc to chwycił za słuchawkę
telefonu i zaczął wykręcać numer na okrągłej tarczy. Po chwili zrezygnowany
odłożył słuchawkę.
- Dobra, niech pan idzie – powiedział.
PIĘĆ
Klatka dwunasta była oddalona o kilkaset metrów, S. postanowił nie wychodzić na
zewnątrz ze względu na chłód - liczył na to, że korytarze przechodzą przez wszystkie
klatki. Po wyjściu z działu kadr wydawało mu się, że usłyszał przez drzwi śmiech
sekretarki. Ruszył energicznym krokiem, minął znane mu już windy i po dłuższej
chwili napotkał kolejne oraz namalowany na ścianie napis „KL.II / P.6”. Dalej była
kolejna klatka a potem … potem wydawało mu się, że minął znajome drzwi działu
kadr. Cofnął się o kilka kroków i bez pukania wszedł do środka. Rzeczywiście –
biurko, patefon, sekretarka …
- Zapomniał pan czegoś? - zapytała udając zatroskanie.
- Nie … nie … ja tak tylko …
S. poirytowany zamknął drzwi i szybkim krokiem udał się w stronę wind. Zjechał na
dół i wyszedł na zewnątrz. Trochę zdziwiło go, że o tej porze nie ma tłumu ludzi
udających się do pracy a jedynie kilka osób uruchamia swoje samochody, zresztą z
różnym skutkiem. Nie mógł się także nadziwić jakim cudem uchowały się tu takie
starocia i samoróbki. Jakiś dziadek na samym skraju ulicy uruchomił właśnie z korby
omszałe DKW z jednym tylko reflektorem a gdzieś w oddali widać było jadący
zlepek SAABa 93 i Syreny BOSTO. Ktoś inny próbuje bezskutecznie uruchomić z
kopniaka stary motocykl z koszem. Zaczyna padać deszcz. Niebo stało się nieco
mniej ołowiane, śnieg począł topnieć a mgła rozrzedziła się trochę. Monolit bloku był
teraz lepiej widoczny a latarnie zaczęły jedna po drugiej gasnąć. Budynek miał
nieregularną strukturę, idąc wzdłuż bloku czasem trzeba było skręcić o 90 stopni by
po kilku zygzakach znów iść wzdłuż ulicy. Kiedy doszedł do klatki dwunastej przed
którą stał zrujnowany wrak Tatry 603 było już całkiem widno. Wewnątrz siedział
stróż – dokładnie taki sam jak w klatce pierwszej. S. uśmiechnął się do siebie i
poprosił o klucz. Otrzymał go bez słowa i udając się w stronę windy usłyszał
mruczenie przysypiającego stróża:
- Pisarze ich mać … prawda tego … panie …
SZEŚĆ
Lokal 1806 miał jeden spory pokój z dużym oknem ale ze względu na mgłę i znaczną
wysokość – niewiele było przez nie widać poza biało-sinym niebem. Okna w bloku
nie otwierały się a wymianę powietrza zapewniały wątpliwej urody kanały
wentylacyjne biegnące po suficie. Kremowe ściany i podłoga z trzeszczącej klepki
nie robiły dobrego wrażenia, podobnie jak telewizor ze staromodnym szklanym
kineskopem i tapczan z paździerza. S. usiadł przy stole i zadał sobie kilka istotnych
pytań, które dotychczas odpędzał od siebie pod byle pretekstem. Po co go tu
przysłano? Dlaczego ma opisywać życie bloku? Kogo to obchodzi właściwie? W
jakim celu ma tworzyć swoistą kronikę i wysyłać ją co miesiąc do magistratu?
Dlaczego dokumenty z miasta nie dotarły tu na czas oraz czemu autobus, którym tu
przyjechał był praktycznie pusty? Machnął ręką i podniósł słuchawkę telefonu
stojącego na stole. Nacisnął na aparacie przycisk z napisem „centrala”.
- Centrala, słucham – usłyszał po chwili znudzony kobiecy głos w słuchawce.
- Jestem nowym pisarzem, proszę mnie połączyć z dyrekcją …
- To nie takie proste, musi pan się udać osobiście do pokoju 1266, klatka 5, piętro 12
- A nie mogłaby pani …
- Kiedy ja nie mogę zestawić bezpośredniego połączenia z dyrekcją – wyrecytowała z
pretensją w głosie.
- S. odłożył słuchawkę i udał się do dyrekcji.
Na ulicy spostrzegł w oddali dziadka w DKW, który wciąż siedział w środku i
najwyraźniej nigdzie nie pojechał. Silnik pracował nierytmicznym terkotem a jedyny
ocalały reflektor słabo świecił na żółto.
SIEDEM
Sekretariat dyrekcji był nieco bardziej okazały ale w sumie niewiele różnił się od
tego z działu kadr. W kącie cicho grało radio ale nie było dostrojone do żadnej stacji
szumiąc jednostajnie. S. czekał tu już od dłuższej chwili obserwując kobietę za
biurkiem. Jakby już ją gdzieś widział ale nie … inne włosy, chyba wyższa …
Podszedł do radia ale sekretarka odgadując jego zamiary powiedziała nieco
zawstydzona:
- Proszę zostawić, ten dźwięk pozytywnie na mnie działa, lubię słuchać tych szumów
i trzasków …
Po chwili dodała:
- Zdaje pan sobie sprawę, że to nie takie proste dostać się do dyrekcji a bez formalnej
decyzji nie można rozpocząć pracy – rozłożyła ręce udając zatroskanie.
- Tak, coś słyszałem o tym … dodał pod nosem S. i po chwili zapytał:
- Czy u dyrektora ktoś w tej chwili jest?
- Nie mogę udzielić takiej informacji – uśmiechnęła się zakłopotana.
Szumiące radio działało hipnotycznie i usypiająco, S. znów uciął sobie drzemkę.
Wydawało mu się, że słyszy w półśnie głos sekretarki mówiącej do słuchawki
telefonu, że przyjechał nowy pisarz i właśnie usnął przy dźwiękach modulatora fal
mózgowych, który wziął za radio i już można wpisać go do rejestru i zrobić zastrzyk.
Otrząsnął się ze snu i zapytał głośno:
- Jaki zastrzyk!?
- O co panu chodzi, panu się coś przyśniło – powiedziała nieco spłoszonym głosem.
- A … tak … rzeczywiście – odparł S.
- Może już pan wejść do dyrekcji.
OSIEM
W półmroku pokoju dyrektora stały takie same dychawiczne paprotki jak na klatce
schodowej, spore biurko z dużą ilością aparatów telefonicznych i regał.
Nieotwieralne okno, kanały wentylacyjne w suficie, portrety na ścianie i popiersie
bliżej nieokreślonej postaci tworzyły klimat gabinetu jakiegoś post-apokaliptycznego
sekretarza KC. Za biurkiem siedział kudłaty jegomość w średnim wieku z czarną
brodą. Na widok S. wstał i nieomal krzyknął:
- Mielonka!
- Coo … spytał z niedowierzaniem S.
- Docent Ernerst Mielonka, jestem tu dyrektorem – powiedział radośnie brodacz.
- Aha – palnął bez sensu S.
- Pan jest pewnie nowym pisarzem, tak tak … no na razie będzie pan u nas
bezczynnie, wciąż nie mamy dokumentów z miasta a bez tego nie mogę podjąć
żadnej decyzji. Niech pan się u nas czuje jak u siebie – dyrektor starał się brzmieć
optymistycznie o ile to w ogóle możliwe w półmroku na dwunastym piętrze
betonowego molocha na tle okna przez które widać kawałek ołowianego nieba.
- Potrzebuję na początek trochę papieru i …
- Tak tak, oczywiście – dobry humor nie opuszczał brodacza – ale wie pan, bez mojej
decyzji dział zaopatrzenia nie może wydać nawet jednej kartki ani ołówka. Zatem na
razie musimy czekać.
S. zaczął się zastanawiać – z czego on się cieszy? Skąd ten optymizm? Przecież nic
tu nie działa jak należy, stoimy w miejscu, będę tkwił tu bezczynnie a ten uradowany
ściska moją dłoń i żegna się ze mną jakbyśmy cokolwiek ustalili a wizyta była
owocna …
DZIEWIĘĆ
Na dworze było zimno i mokro, śnieg co prawda niemal zupełnie stopniał ale za to
pojawiło się błoto i spore kałuże. Deszcz wciąż trochę siąpił, nasilił się wiatr
poruszając miarowo kikutami drzew. Chodnik był krzywy a płyty ruszały się pod
naciskiem buta i obficie chlapały wodą i błotem. Mgła nie dawała za wygraną a
barwa nieba stopniowo zmieniała się na fioletowo-różową. S. postanowił
porozmawiać z dziadkiem w DKW. Zbliżając się do auta zauważył, że silnik zgasł a
starszy pan zasnął nad gazetą. Zapukał w szybę kilka razy i widząc, że dziadek się
ocknął powiedział:
- Dzień dobry, ja jestem nowym pisarzem …
- CO?? - nadstawił ucha odkładając gazetę.
- Jestem nowym pisarzem i chciałbym porozmawiać, wie pan, jak się żyje w bloku i
…
- Ja to nie wiem, nie jestem upoważniony – odpalił dziadek i zamknął drzwi
samochodu rozglądając się nerwowo.
S. nieco zrezygnowany stwierdził, że nic tu po nim i udał się w kierunku klatki
schodowej w której mieścił się przydzielony mu tymczasowo pokój. Czekając na
windę zastanawiał się czemu nigdy nie przyjeżdża winda oznaczona żółto-czarnym
paskiem. Odwrócił się i zapytał stróża:
- Panie! Do czego jest ta druga winda!?
- Niech pan napisze do działu technicznego, odpowiedzą w ciągu 7 dni roboczych, to
jest klatka 14, piętro 18 …
Poirytowany S. wsiadł do windy i trzasnął drzwiami, bo nie miał ochoty na kolejną
wizytę w sekretariacie i oczekiwanie na bezowocną rozmowę.
DZIESIĘĆ
S. stał w pokoju 1806 próbując wypatrzeć cokolwiek przez okno. Późnojesienne
niebo przybrało nad linią horyzontu karmazynową barwę, mgła dała wreszcie za
wygraną i odsłoniła ogrom pozbawionych liści drzew. Bezwietrzna pogoda pogrążyła
blok w ciszy przerywanej tylko od czasu do czasu szczekaniem jakiegoś
bezpańskiego psa. Z wysokości osiemnastego piętra z trudem można było dostrzec
jakikolwiek ruch tam na dole, od niemal godziny nie przyjechało tu żadne auto.
Latarnie znów zaczęły świecić swoim trupim bladym rtęciowym światłem ukazując
dolną krawędź bloku i pozostawiając w gęstniejącym mroku całą monumentalną
resztę. O tej porze roku zmierzch zapada bardzo szybko. Boże, jaka tu jest cisza –
pomyślał S. wspominając zgiełk rodzinnego miasta, w którym spędził niemal całe
życie. Z braku lepszego zajęcia postanowił wyjść na wieczorny spacer, nie miał przy
sobie żadnej książki a telewizor w pokoju nie odbierał żadnej stacji. Kiedy jechał
windą usłyszał z głośnika umieszczonego w suficie kabiny przedziwny komunikat,
wyrecytowany z pokracznym akcentem przeciągającym niektóre litery:
„DRRRODZY MIESZ-KAŃ-CY! W DNIU DZISIEJSZYM PRZYBYŁ DO
NASZEEEEGO BLOKU NOOOWY PISARZ! NIECH ŻYJE! NIECH ŻYJE!”.
W tle słychać było oklaski ewidentnie puszczone z kiepskiego magnetofonu –
charakterystyczne pływanie dźwięku zdradzało tę żenującą mistyfikację. S. wysiadł z
windy i zobaczył stróża klęczącego pod biurkiem. Leżała tam zapalona latarka,
mikrofon i koszmarnie zdezelowany magnetofon szpulowy, z którego dobywały się
uprzednio nagrane oklaski. Stróż recytował do mikrofonu płomienne powitanie
pisarza, czytając ze starej pożółkłej kartki wypełnionej maszynowym pismem. S. nie
krył oburzenia.
- Panie, czyś pan oszalał!?
- A … to pan, prawda tego – udał zdziwienie stróż - no co, każą to czytam, mnie tam
obojętne, zresztą ja lubię …
- Daj pan spokój tej bzdurze!
S. wyszedł na zewnątrz i nieco się uspokoił. Monumentalne drzewa stojące w
półmroku robiły wrażenie wielkiej czarnej armii, która przypuściła szturm na
betonowy monolit ale z jakiegoś powodu zamarła w bezruchu, zastygła jakby sam
widok surowego bloku z wystającymi gdzieniegdzie końcówkami prętów
zbrojeniowych zamroził ją na wieki.
JEDENAŚCIE
Spacerując wzdłuż krawędzi lasu S. zauważył jadący w jego stronę motocykl bez
świateł. Czy to nie ten sam, mozolnie odpalany z kopniaka rzęch z koszem, którego
widział dziś rano? Motor podjechał powoli i zatrzymał się z przeciągłym i tępym
piskiem hamulca. Zsiadł z niego mężczyzna w płaszczu i czapce-pilotce, staromodne
gogle dodawały mu pompatycznej fantazji.
- Dobry wieczór, czy pan tu jest legalnie? – powiedział i po chwili dodał – ha ha, taki
żart, jeszcze z milicji, jestem aktualnie, że tak powiem – strażnikiem bezpieczeństwa
bloku.
- Dobry wieczór – rzekł S. - niestety nie jestem tu legalnie, bo jeszcze nie dotarły tu
dokumenty z magistratu …
- Nic to, nic to – powiedział bez sensu facet w goglach – czy otrzymał pan lokal z
przydziału PL26/66?
- Nie, zajmuję lokal 1806 na dwunastej klatce, ponieważ …
- Nic to, nic to, na mnie już czas i życzę, że tak powiem, miłego pobytu – powiedział
strażnik wsiadając na motocykl.
Kiedy zawinął połę płaszcza przy wsiadaniu w słabym świetle latarni przez ułamek
sekundy błysnęła broń. S. kontynuował spacer słysząc oddalające się dźwięki
bezskutecznego odpalania motoru z kopniaka i kilka cichych przekleństw dobitnie
podsumowujących sytuację.
DWANAŚCIE
Długi wieczór skłonił S. do spisania wrażeń z niezwykłego dnia jaki mu się
przytrafił. W szufladzie regału znalazł stary brulion i kiepsko zatemperowany
ołówek. Usiadł przy stole i wpatrując się w gasnące za oknem ostatnie promienie
słońca zapalił lampę. Zaczął pisać. Po kilkunastu minutach usłyszał pukanie do
drzwi. Otworzył je i zobaczył drobną blondynkę – sekretarkę, która wyraźnie
zmieszana powiedziała nie patrząc mu w oczy:
- Jestem zmuszona prosić pana do działu kolejności wydarzeń.
- Do czego??
- Proszę za mną – powiedziała matowym głosem – klatka 6, piętro 12, pokój 618.
Podróż wydawała się ciągnąć w nieskończoność, słabe żarówki kiepsko oświetlały
bardzo długie, choć wąskie korytarze. Część żarówek była przepalona. Na ścianach
dało się zauważyć urządzenia przeciwpożarowe opisane biurokratycznym żargonem
np.: „KL.VI / P.12 / UP1 / Cert. 02-78”. Kiedy wreszcie dotarli, sekretarka
wprowadziła S. do gabinetu dyrektora działu kolejności. Na regałach piętrzyły się
sterty skoroszytów, biurko z obowiązkowymi aparatami telefonicznymi z tarczą i
zegar na ścianie. Za biurkiem jakby znajomy kudłaty jegomość z czarną brodą.
Przywitał się, wskazał krzesło a sam chodząc po pokoju objaśniał:
- Z przykrością muszą stwierdzić, że - zapewne nieświadomie - narobił nam pan
nieco ambarasu. Podjął pan pracę pisarza a przecież nie dotarły jeszcze odpowiednie
dokumenty z magistratu, dyrektor nie wydał decyzji, kolejność nie została
zachowana, kolejność wydarzeń jest kluczową sprawą w naszej sytuacji …
S. słuchał tego wywodu zdumiony i przerwał:
- Skąd pan wie, że zacząłem pisać? Zresztą co za różnica, mogę pisać prywatnie poza
czasem pracy, kto powiedział, że to, co zacząłem spisywać w brulionie to oficjalna
dokumentacja?
Dyrektor popadł w wizjonerski ton i kontynuował:
- Sensem życia człowieka jest wypełnianie obowiązków w ściśle określonej
kolejności. Państwo natomiast, jest mechanizmem dostarczającym odpowiednich
formularzy i procedur, które można wypełniać zgodnie z harmonogramem. Jest to
istota i sens istnienia państwa. Bez tych wszystkich okólników, rozporządzeń i
rubryk, człowiek nie umiałby pokierować swoim życiem i mógłby postępować w złej
kolejności, jego czas pozostawałby niewypełniony lub wypełniony zdarzeniami
nieprawidłowymi.
- Nie można sprowadzać sensu życia do formularzy – próbował protestować S. -
człowiek to nie maszyna, liczy się coś więcej …
- W naszym bloku – ciągnął dalej dyrektor spacerując od ściany do ściany –
procedury są ścisłe i podlegają zarachowaniu, każda jest odnotowana w księdze.
Procedura specjalna „PrX2854/78 - pisarz podejmuje pracę” została rozpoczęta przed
wydaniem decyzji o tej pracy „PrD2854/77”, czyli w niewłaściwym czasie i burzy
porządek życia bloku.
- Ale kolejność procedur nie może określać sensu życia – bezradnie oponował S.
- No cóż, trudno – jestem zmuszony poprosić pana o podpisanie oświadczenia, że
podjęte przez pana działania nie miały charakteru oficjalnego, inaczej moja
sekretarka będzie musiała zamknąć mnie w szafie – powiedział podsuwając S.
gotowy dokument do podpisu.
TRZYNAŚCIE
W drodze powrotnej do swojego pokoju S. próbował pozbierać myśli i wszystko
przeanalizować. Nawet nie doczekał się odpowiedzi skąd wiedzieli o tym, że zaczął
pisać. Idąc długim korytarzem minął szare metalowe drzwi ze zrobionym od
szablonu, nieco rozmazanym napisem „Rejestr Zdarzeń Nieprawidłowych”. Były
lekko uchylone a w środku paliło się światło. S. zatrzymał się i zajrzał do środka.
Pomiędzy metalowymi regałami pełnymi starych papierów stał stół. Na nim siedziały
dwie drobnej budowy kobiety – sekretarki i przymierzały różne peruki. Raz były
blondynkami, za chwilę kruczowłose … Były uśmiechnięte i robiły wrażenie lekko
odurzonych. Obok stało rozstrojone radio szumiąc z cicha. Zauważyły S. stojącego
przed drzwiami i jedna przez drugą mówiły:
- O, nowy pisarz, niech pan wejdzie …
S. wyraźnie zmieszany wszedł do środka.
- Jak się panu u nas podoba?
- Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, blok jest okropny, ponury kloc na odludziu,
pełen niezrozumiałych procedur – zdobył się na szczerość S.
- No … ale przecież blok powstał specjalnie dla pana – powiedziała jedna z
sekretarek a druga szturchnęła ją zakłopotana.
- Jak to dla mnie?
- W magistracie był wolny etat, nie było żadnego bloku do opisania, więc zbudowano
kiedyś z prefabrykatów obiekt aby wypełnić procedury zalecające odpowiednią ilość
pisarzy – objaśniła druga.
- Zaraz – to poza obsługą nikt tu nie mieszka? - S. nie dowierzał.
- Pewnie, że nie – roześmiała się pierwsza.
- To po cholerę zbudowali taki wielki!?
- Z czasem blok zaczął żyć własnym życiem, obsługa stworzyła własną hierarchię,
struktury i blok ulegał rozbudowie … - druga sekretarka wydawała się być bardziej
rzeczowa.
- Fajnie, nie? - zachichotała pierwsza.
CZTERNAŚCIE
Decyzję o wyjeździe S. podjął w nocy leżąc w łóżku. Gdy tylko ołowiany świt wdarł
się przez okno, wyszedł nie zamykając drzwi pokoju 1806 i nic nie mówiąc nikomu
udał się na przystanek. Ogromny betonowy gmach wyłaniał się z mgły i przypominał
zrujnowany okręt na mieliźnie.
- Raz, dwa, trzy … liczył z nudów piętra, ale nie był pewien czy się pomylił czy też
przybyło jedno piętro na klatce na której mieszkał. Kiedy przyjechał autobus, w
oddali zauważył jeszcze DKW z jednym reflektorem. W autobusie było pusto i
chłodno, S. usiadł z tyłu i przyglądał się przez okno jak gasną latarnie. Ruszyli
powoli tocząc się po dziurawej drodze a blok z każdą chwilą coraz mniej wystawał z
gęstej mgły.