W książce Witolda Rychtera p.t. „Dzieje samochodu” można zapoznać się z historią niezwykłego rajdu na nieprawdopodobnej trasie Pekin – Paryż, który odbył się w 1907 roku. Moją uwagę zwrócił pewien szczegół, który początkowo umknął mi pod naporem doniosłości tego wyczynu oraz podziwu dla odwagi i męstwa uczestników rajdu. Samochód Itala prowadzony przez Scipione Borghese miał nieciekawą przygodę na Syberii – załamuje się pod nim drewniany most i auto czeka siedem godzin na pomoc. Niestety – przednie koło jest złamane. I tu następuje mała wzmianka, cyt.:"(...) prosty stelmach syberyjski sporządził nowe koło w ciągu jednego dnia (...)". Ot, tak po prostu. Mamy nawet zamieszczoną w książce reprodukcję fotki owego rzemieślnika (który pewnie dopiero co dowiedział się, że w ogóle istnieje coś takiego jak samochód) dzierżącego wykonane przez niego koło.
Gdybym jechał dziś repliką wspaniałego auta Itala z 1907 roku przez Polskę i miał podobną awarię – to raczej mało prawdopodobne żebym znalazł ot, tak sobie rzemieślnika, który dorobi mi drewniane, szprychowe koło na miejscu … Ktoś w ogóle wie jak się zabrać do tej roboty? I co to ma wspólnego z nagrywaniem dźwięku?
Klasyczne analogowe nagrywanie dźwięku jest pełne pojęć, technik i terminologii, które mogą za jakiś czas stać się alchemiczną zapomnianą sztuką, jaką pewnie już dziś jest zrobienie porządnego drewnianego koła albo zbudowanie dobrego pieca kaflowego. Paradoksalnie świat płyt winylowych nie jest tu dobrym przykładem – winyl powrócił w glorii i chwale i technika z nim związana ma się dobrze. Myślę, że prędzej czy później powstanie problem ekstremalnego zużycia maszyn do produkcji płyt ale to osobny temat. Większa jest - w mojej ocenie - szansa, że źródłem „zapomnianych” alchemicznych pojęć będzie nawet CD … Natomiast nagrywanie na taśmie już dziś zaczyna pachnieć naftaliną i być źródłem zapomnianej terminologii, która nikogo normalnego nie obchodzi.
Garść problemów, które jeszcze wczoraj nas obchodziły ...
Z ukosa gorzej słychać. Dosłownie. Problem niebagatelny szczególnie w przypadku magnetofonów kasetowych gdzie szerokość taśmy była mizerna a prędkość jej przesuwu - nikczemna. Śruby mocujące głowice były tak umiejscowione (lub robiono specjalne otwory w obudowie) aby był do nich łatwy dostęp. Można zatem kontrolować czy taśma jest prowadzona równolegle do głowicy. Już niewielki błąd skosu powodował dość poważne ograniczenie pasma przenoszenia od strony wysokich częstotliwości. Są na to wzory i wykresy … Dość powiedzieć, że natknąłem się na informację, że w magnetofonach profesjonalnych kąt pomiędzy szczeliną głowicy a krawędzią taśmy powinien wynosić 90 stopni +- 4 minuty kątowe. Jedyny znany mi przypadek zmierzenia się z tym problemem na poważnie w urządzeniach domowych to układ NAAC firmy Nakamichi. Magnetofon próbował samodzielnie odnaleźć właściwie ustawienie poruszając głowicą. W sieci można znaleźć materiały dotyczące tego układu i nie da się ukryć – jest skomplikowany.
Idźmy dalej – prąd podkładu. Zapisu na taśmie nie wykonuje się bezpośrednio, choć w zamierzchłych czasach próbowano. Właściwy sygnał jest mieszany z przebiegiem z generatora wysokich częstotliwości. Nie ma chyba sensu omawiać tutaj dlaczego to jest potrzebne, rysować wykresy i przytaczać nudne wzory, dość powiedzieć, że regulacja prądu podkładu radykalnie wpływa na dźwięk. Mam deck z możliwością ręcznej (dosłownie – pokrętłem) regulacji prądu podkładu w pewnym zakresie i zmiany równowagi tonalnej, które można osiągnąć taką regulacją są duże. Istniały też układy automatycznej kalibracji – mam jeden taki deck Technicsa, który ma wbudowany generator sygnałów testowych, nagrywa je, następnie przewija wstecz, odtwarza nagrane na taśmie sygnały i dobiera m.in. prąd podkładu.
Kolejna sprawa, która może być obca pokoleniu Spotify / Tidal / iTunes etc. – poziom zapisu. Sprawa banalna szczególnie jak się jej nie rozumie. Zbyt niski – spowoduje drastyczny wzrost szumów, zbyt wysoki oczywiście poskutkuje przesterowaniem … Żeby z grubsza zrozumieć w jaką materię się ładujemy polecam np.: ten artykuł (https://www.soundonsound.com/sound-advice/q-whats-difference-between-ppm-and-vu-meters) omawiający różne sposoby pomiaru poziomu zapisu a konkretnie wskaźniki VU i PPM. Polecam szczególnie zamieszczoną tam grafikę – porównanie różnych skal poziomu zapisu ...
Słodkie komplikacje albo święty spokój
Spotkałem się z poglądem, że tak prosta sprawa jak słuchanie muzyki wymaga aktualnie koszmarnie skomplikowanej technologii i choć dostępność muzyki jest lepsza niż kiedykolwiek to sam sposób jej serwowania jest ekstremalnie przekombinowany. To prawda. Czasy „odtwarzacz cd + wzmacniacz + kolumny” odeszły bezpowrotnie ale miały one niezaprzeczalną zaletę: to po prostu działało bezproblemowo. Naciskałem play, leciała muzyka. Żeby współczesny odtwarzacz w ogóle działał może potrzebować dobrego połączenia z internetem, jakiegoś serwisu, który udostępni treść (infrastruktura sieciowa, serwery...) a może lokalnych plików i oczywiście przydałoby się domowe Wi-Fi. A ja tylko chcę posłuchać muzyki.
Cholernie to skomplikowane ale z drugiej strony nie potrzebujemy już spirytusu... do czyszczenia głowic oczywiście. Straty odsunięcia taśmy od głowicy są bardzo dotkliwe i magnetofon niestety trzeba często czyścić. Czy wspominałem już o starzejących się paskach, zużywających się rolkach, puchnących z wiekiem kondensatorach … Nie? Może to i lepiej.
Jak widać kiedyś wcale nie było tak prosto. To lata '90 przyzwyczaiły mnie do super – łatwego konsumowania płyt CD. Niektórzy zapaleńcy upraszczali wówczas system audio do maksimum pozbywając się nawet przedwzmacniacza, podłączając odtwarzacze CD z regulowanym poziomem na wyjściu bezpośrednio do końcówek mocy. Zaczynam doceniać poczciwe cedeki. Chociaż są cyfrowe to wciąż fizyczne, mają okładkę, pudełko, nośnik. Wciąż można je wziąć do ręki i poczuć zapach świeżo wydrukowanej okładki. Muzyka płynie z nich bez żadnych przerw (bolączka cyfrowego audio – poczytajcie o gapless playback), możliwa do osiągnięcia jakość dźwięku jest wbrew obiegowym opiniom wysoka, czego chcieć więcej? Ale wcześniej wcale nie było tak bezproblemowo – taśmy są fajne ale już nie tak banalne w użyciu jak CD. Ledwie cisnęliśmy w kąt kasety, problemy z kalibracją, śrubokręciki do regulacji skosu, rolki, paski, płyny do czyszczenia, demagnetyzery i usiedliśmy w fotelu aby posłuchać w spokoju płyty kompaktowej a już po chwili zaczęliśmy się wiercić, czegoś nam brak. Słuchamy tak i słuchamy, muzyka się sączy, jest przyjemnie a my już obmyślamy: „ ... a jakby tak w plikach … hmmm … przez internet … no, no … albo zrobić taki serwer domowy … albo po sieci streamować … zrobić taki serwis i potem po sieci te pliki i okładki … no … i smartfonem sterować … „
Człowiek to jednak nie wytrzyma jak czegoś nie spieprzy.